Andrzej Bargiel z nartami na K2 – co przemilczano?

Andrzej Bargiel… Jego historyczny zjazd na nartach z wierzchołka K2 świat śledził z wypiekami na twarzy. Bez wątpienia jest to spektakularne osiągnięcie, ale czy naprawdę jest się czym chwalić?

Z jednej strony na pewno tak, ponieważ nikt wcześniej tego nie dokonał. Andrzej zrobił coś, co dla jednych brzmi jak szaleństwo, a dla innych jest powodem olbrzymiego uznania. Nie oszukujmy się – trasa zjazdu była wyjątkowo trudna i wymagająca, więc uznanie za to osiągnięcie Andrzejowi jak najbardziej się należy.

Mnie jednak zastanawia coś innego – konsekwencje

O tym Andrzej Bargiel wspomina mało, zasypywany przez dziennikarzy gradem pytań o uczucia towarzyszące zjazdowi, jego przebieg oraz przyczyny podjęcia się takiego przedsięwzięcia. I właśnie ten cytat o konsekwencjach w jednym z wywiadów wywołał u mnie mieszane uczucia.

Drogę w dół do obozu czwartego pokonywałem trasą, którą idą wszystkie wyprawy komercyjne. Dziwnie niektórzy ludzie reagowali na mój widok (śmiech). A ja wtedy myślałem tylko o tym, że jeżeli pojadę za szybko albo niewłaściwie ułożę narty, mogę wywołać lawinę, która może spowodować ich śmierć.*

Skoro  Andrzej Bargiel wiedział, że może doprowadzić do tragedii, o czym otwarcie przyznał w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, osobiście przestaję rozumieć zachwyty nad tym osiągnięciem i Andrzej Bargiel wiele u mnie traci. Brzydko się wyrażę, ale muszę: skoro wiedział, to po czorta się tam pchał z nartami? To takie dosłownie po trupach do celu i to jeszcze przy oklaskach publiczności.

Te kilka zdań, które miały pokazać Andrzeja jako martwiącego się o los innych wspinaczy człowieka sprawiły, że efekt był odwrotny od zamierzonego. Andrzej Bargiel wyszedł na egoistę, który zjedzie mimo wszystko, a jeśli nikt przy okazji nie zginie to fajnie. Bo jak inaczej można zinterpretować słowa, w których mówi wyraźnie, że spotykał ludzi po drodze, że bał się o ich życie, które mogło zostać przerwane z jego winy – a i tak zjechał.

Owszem, wspinacze to taki specyficzny typ ludzi, którzy dla osiągnięcia celu potrafią poświęcić prawie wszystko, ale… żeby aż tyle?

Jeszcze niedawno sypały się groma na Adama Bieleckiego za to, co że nie uratował kolegów na Broad Peak. Na początku tego roku dostało mu się znowu za to, że wraz z Denisem Urubko uratowali tylko Elizabeth Revol, a Tomka Mackiewicza pozostawili na pewną śmierć. Ludzie zapomnieli o jednym – poszli tam z własnej woli, ryzykując własne życie i zrobili tyle, ile mogli. Uratowali jedno życie, mimo iż kompletnie nie musieli się tego podejmować. To życie, życie Eli, było dla niektórych ludzi wtedy mniej cenne, niż życie Tomka, który już na zawsze pozostanie na Nanga Parbat. Ale jednak nadal się liczyło.

Nabrało jednak jeszcze mniejszej wartości w kontekście zjazdu Andrzeja z K2. A że nie chodziło tylko o jedno życie, a o więcej ludzkich dusz, fakt ten jeszcze bardziej zastanawia. Czym jest poświęcenie kilku ludzi, jeśli na Polskę spłynie sława, bo Polak jako pierwszy zjedzie z K2?

Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że cel uświęca środki.

Andrzej Bargiel może jeszcze o tym nie wie. Może w ogóle o tym nie myślał, zjeżdżając, ale jego pomysł może spotkać się z naśladownictwem. Niewinny zjazd może zapoczątkować modę na zjazdy oraz bicie kolejnych rekordów, jak to ma miejsce w tym środowisku – pierwszy Polak na Evereście, najmłodsza kobieta na Evereście, najstarszy mężczyzna na Annapurnie, pierwszy człowiek, który zdobył Nanga Parbat bez tlenu…. Tych rankingów są setki, a naśladownictwo będzie prowadziło do tragedii.

Na Everest wspinają się ludzie, którzy pierwszy raz raki mają na nogach w momencie przymierzania ich w sklepie. Niektórzy już na miejscu, w Nepalu, uczą się dopiero ich zakładania. Dlaczego ze zjazdami na nartach z ośmiotysięczników miałoby stać się inaczej? Na pewno to osiągnięcie pociągnie za sobą kolejnych śmiałków. A może od razu otwórzmy na zboczu Everestu Szkółkę narciarską? Skomercjalizujmy to! Tylko kasa się liczy!

Zmierzam do tego, że w Himalajach i Karakorum już jest tłoczno

Wyprawy komercyjne zbijają fortunę na marzeniach zwykłego Kowalskiego, który chciałby kiedyś stanąć na Evereście i ma na to pieniądze. Najbardziej jaskrawym przykładem była tragedia z 1996 roku, w której zginęło 8 wspinaczy tylko dlatego, że na Uskoku Hillary’ego zrobił się korek. Wtedy rywalizacja między wspinaczami doprowadziła do tego, że nikt nie zamontował poręczówek (żmudna praca, której nikt nie chce się podjąć, bo jest czasochłonna. Poza tym wiele ekspedycji podeszło do tematu na zasadzie dlaczego ja mam to robić a nie inni? A może inni zrobią to za mnie i jak pójdę, to poręczówki już będą?). W konsekwencji wielu ludzi dotarło na szczyt bardzo późno i niestety podczas schodzenia zastała ich burza. I stała się tragedia.

Tłok w górach powoduje wzrost zagrożenia lawinowego (jakby ryzyko odłamania się seraka lodowego nie było wystarczającym problemem wspinaczy). Ludzie zrzucają przypadkowo kamienie podczas wspinaczki na tych, którzy są za nimi. Jeśli dołoży się do tego jeszcze modę na zjazdy na nartach z wierzchołków… to kolejna tragedia gotowa.

Wciąż zastanawiam się, czy Andrzej Bargiel myślał o tym, że ludzie będą chcieli go naśladować, decydując się na pierwszy w historii zjazd na nartach z K2, ale pewnie nigdy się o tym nie dowiem.

 

 

Źródło: Przegląd Sportowy

Foto: twiga269 ॐ FEMEN

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.