Dziewczyna o siedmiu imionach – szokująca lektura

Dziewczyna o siedmiu imionach autorstwa Lee Hyonseo wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem. I już chyba na zawsze wryje się głęboko w moją pamięć.

Tematyka poruszona w książce jest mi bardzo dobrze znana. W końcu w temacie Korei Północnej siedzę już od prawie 10 lat i to bardziej od tej naukowo-badawczej strony. Spodziewałam się kolejnej relacji uciekinierki, która opowiada, jak to w KRLD jest źle.

Podchodziłam do książki bardzo ostrożnie. Dość sceptycznie byłam do niej nastawiona. Znane mi były przypadki, gdzie relacje uciekinierów były przez nich samych bardzo mocno koloryzowane. Wszytko tylko po to, by oddać dramatyzm ucieczki i by książka lepiej się sprzedała.

Długość może odstraszać

Książka jest długa, co wielu może zniechęcić. Osobiście lubię długie książki. Mam czas na to, by bliżej poznać bohatera historii i lepiej go zrozumieć. Nie inaczej było w tym przypadku. Mimo grubości egzemplarza książkę czytało mi się szybko i łatwo – przystępny język jest zdecydowanie na plus.

Grube książki niosą ze sobą pewne ryzyko – łatwo trafić na takie, gdzie jest więcej opisu przyrody, niż historii bohatera. Przypomnij sobie Władcę Pierścieni Tolkiena – opisy zdecydowanie dominują w tej książce, co sprawia, że jest bardzo rozwlekła. I nie wszystkim może się to podobać. Osobiście bardzo lubię książki Tolkiena, ale uważam, że mógłby skrócić te opisy o połowę. Tutaj z kolei opisów jest sporo, ale dotyczą różnych tematów – rodziny, opisów lokalizacji geograficznych i sytuacji – i niczego nie jest za wiele, bo książka wciąga i nie ma tu miejsca na nudę.

Treść bije wszystko na głowę

Owszem, jest to kolejna opowieść uciekiniera, jednak dla osób, które tematem się nie interesują, lub znają go tylko pobieżnie, jest to skarbnica wiedzy o Korei Północnej i sytuacji tam panującej. Większość książek pokazuje KRLD od strony negatywnej i ocenia ją przez pryzmat reżimu, co sprawia, że rodzi się wiele niedomówień. Tutaj jest inaczej.

W książce pełno emocji, wspomnień i konfliktów wewnętrznych autorki. Jest to zrozumiałe dla kogoś, kto odkrywa nową prawdę na temat swojej ojczyzny. Książka potrafi wzruszyć, wywołać uczucie bezsilności wobec ludzi mieszkających w KRLD, czasem złości, radości… Mnie osobiście zszokowała naiwność dziewczyny, która wręcz na własne życzenie pakowała się w kłopoty. Czytając ją doświadcza się całego spektrum emocji, co sprawia, że nie można przejść obok niej obojętnie. Może dla niektórych jest to książka na raz, ale z pewnością raz przeczytana nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Czym wyróżnia się ta książka?

Przede wszystkim pokazuje, że Korea Północna to nie tylko żelazny reżim i pranie mózgu, ale także kraj o pięknej historii, do którego można tęsknić. Wyraźnie zaznacza się w umyśle czytelnika fakt, że nic nie jest czarne lub białe. Korea Północna to też wiele odcieni szarości, których nie widzi się na pierwszy rzut oka. Ta książka je pokazuje i pozwala zrozumieć, skąd u Koreańczyków z północy takie przywiązanie do ojczyzny.

Dziewczyna o siedmiu imionach to piękne świadectwo kogoś, kto stopniowo poznawał inną rzeczywistość i musiał się uczyć w niej funkcjonować. O skali tego rozdarcia wewnętrznego i wielu sprzecznościach, które są wspomniane w książce wie tylko tak naprawdę ktoś, kto stamtąd uciekł. Zostawił rodzinę i kraj, który… no cóż, trzeba to powiedzieć – kochał i nadal kocha, pomimo poznanej rzeczywistości. Prawda zawsze boli i szokuje, i tego doznała właśnie Hyonseo, gdy zrozumiała, w jakim kłamstwie żyła. Mimo wszystko jej życie w Korei to nie tylko kłamstwo. Relacje z ludźmi i przywiązanie do kraju, w którym się wychowała były i są nadal autentyczne i niemożliwe do zakwestionowania.