Konto bankowe – przygody z bankami

Dziś będzie nieco biograficznie – opowiem moje przygody z pewnym dość popularnym bankiem w Polsce. Nazwy nie wymienię, bo nie jest istotna. Każdy, kto choć raz założył tam konto, będzie wiedział, o który chodzi. W tym banku od lat podejście do klienta się nie zmienia.

Bardzo długo nie chciałam mieć konta w banku. Jako świeżej studentce nie było mi ono do szczęścia potrzebne. Od zawsze preferowałam skarbonki, bo lubiłam mieć dostęp do gotówki o każdej porze – w końcu nigdy nie wiadomo. Jestem jednak z tych, co dość długo pieniądze odkładają, a jak pojawi się coś fajnego, to (po wielu godzinach rozważań za i przeciw) kupują, co sobie upatrzyli. Gdy pojawiła się okazja założenia konta studenckiego, które nie pociągało za sobą żadnych opłat, pomyślałam, że może odkładanie pieniędzy na koncie nie jest złym pomysłem, bo lepiej zapanuję nad własnymi finansami. Kasa miała sobie leżeć, a ja o niej nie pamiętać.

Pierwsze konto

Pierwsze konto w tym banku miało być całkowicie darmowe do uzyskania przeze mnie 26 roku życia. Korzystałam z niego dobre kilka lat. Niestety z czasem, pomimo zapewnień, że będzie za darmo, bank zaczął wprowadzać opłaty. Najpierw zupełnie groszowe sprawy, od każdej transakcji dokonywanej przez bankowość internetową odciągano mi prowizję kilkudziesięciu groszy. Potem opłaty wzrosły i doszło comiesięczne bodajże 2.50 za prowadzenie rachunku. A miało być za darmo.

Decyzja

Ponieważ to drobne skubanie było mi wybitnie nie na rękę (jako biedny student liczyłam każdy grosz), postanowiłam zamknąć konto. I zaczęły się schody. Nie można zamknąć, bo nie ma na nim środków, proszę wpłacić na nie cokolwiek. Za zamknięcie konta zostanie potrącone kilka złotych opłaty.

Pani w okienku wie lepiej

Gdy wpłaciłam bodajże 7zł, pani bardzo długo próbowała odwieść mnie od mojej decyzji. Tak długo, że spędziłam w banku… 3 godziny. Dokładnie tyle byłam nagabywana przez panią w okienku, żebym jednak konta nie zamykała. Obiecywała mi złote góry za pozostanie ich klientem. Kusiła alternatywnymi ofertami. Za nic nie docierało do niej, że człowiekowi, który nie pracuje i nie ma stałych wpływów, konto w banku nie jest do niczego potrzebne.

Myślałam, że to już koniec przygód z tym bankiem

O, jakże się pomyliłam! A raczej wykazałam się naiwnością, dając mu drugą szansę. Po raz kolejny bowiem założyłam tam konto kilka lat później, skuszona poleceniem przez znajomą. Znajoma korzysta, myślę – może nie będzie tak źle? Może coś się zmieniło? I założyłam tam konto ponownie. Tym razem – firmowe. Byłam już jednak wtedy bogatsza o doświadczenia z innymi, bardziej proklienckimi bankami, więc moje oczekiwania w stosunku do usług, były wyższe.

Przez pół roku było w porządku

Tak, jak obiecywano – żadnych opłat za kartę, żadnego skubania za przelewy, było całkowicie darmowo. Wywiązywali się dobrze ze wszystkich warunków, dopóki trwała  promocja, na którą się załapałam (nie pamiętam jej szczegółów, ale za jakieś operacje bankowe po jakimś czasie dawali chyba 100zł zwrotu). Ale promocja się skończyła, a wraz z nią…

Skubanie wróciło

Tylko trochę śmielsze, bo teraz już chodziło o większe kwoty co miesiąc. Wywołało to we mnie chęć odwrotu i ucieczki do innego banku. Tak też chciałam zrobić. Zniechęcona poprzednimi doświadczeniami w tej konkretnej placówce bankowej, w której zamykałam poprzednie i otwierałam firmowe konto, wybrałam się do sąsiedniego miasta.

I znowu schody…

Dlaczego chce pani zamknąć konto? Może jednak zechciałaby pani je zostawić, mamy dla pani specjalną ofertę… Zdecydowanie powinni inaczej szkolić pracowników, bo tymi gadkami jeszcze bardziej zniechęcają klientów do pozostania.

Tym razem, oprócz powyższego wywiadu środowiskowego, było jeszcze ciekawiej. Pani zadzwoniła do mojego personalnego doradcy (tego, który pracuje w oddziale, który poprzednio robił mi problemy) bo okazało się, że mój przypadek jest trudny i przerasta jej kompetencje…

Bo konta zamknąć się nie da

A dlaczego? Bo zmieniłam nazwisko w międzyczasie. I ona powinna ode mnie wziąć nowy wzór podpisu, a ta usługa kosztuje 50 złotych. I albo się wstrzymuję, a ona postara się znaleźć rozwiązanie tej sytuacji, żebym nie płaciła (i mam czekać na to 2 tygodnie, czyli znowu by mnie oskubali z miesięcznej opłaty na koncie), albo płacę to 50 złotych i robimy według procedur. Zniechęcona już maksymalnie godzę się na tę drugą opcję, z mocnym postanowieniem trzymania się od tego banku jak najdalej przez resztę życia.

Nie tak prędko…

To by było zbyt piękne, nadal nie można zamknąć konta, bo jest na nim za mało środków. Mam więc lecieć do wpłatomatu, bo na koncie jest za mało pieniędzy. Pani doradziła, bym wpłaciła trochę więcej, a pieniądze przeleję sobie na inne konto jak wrócę do domu, zanim konto się zamknie (ma to się stać w ciągu kilku dni).

Poleciałam do tego przeklętego wpłatomatu, wpłaciłam bodajże 80 złotych. Bo oprócz 50 złotych za wzór podpisu pobierają też opłatę za zamknięcie konta. Wróciłam, pani poklikała, poklikała, dała mi kilka papierów do podpisania. Podziękowałam i wyszłam.

Pieniędzy nie odzyskasz

Bank jest naprawdę przebiegły. Jak wcześniej pisałam, pani powiedziała, żebym wpłaciła więcej, to resztę pieniędzy przeleję sobie jak się zaloguję na komputerze do bankowości elektronicznej. Nie wspomniała jednak, że rezygnując z konta i wychodząc z jej pokoju, zostanie mi zablokowany automatycznie dostęp do panelu klienta w bankowości elektronicznej. Pomimo wielu prób logowania system mnie nie przepuścił, a pieniądze bezpowrotnie straciłam. Taki prezent na do widzenia od banku.

Powyższe opłaty a inne banki

Po zamknięciu konta firmowego chciałam otworzyć konto firmowe w innym banku. Zapoznałam się szczegółowo z ofertą konkurencji. W ŻADNYM BANKU POZA TYM JEDNYM nie pobierają opłat za powyższe czynności, a gdy konsultanci bankowi usłyszeli o opłatach za wzór podpisu i za zamknięcie konta przecierali oczy ze zdumienia, że takie praktyki mają miejsce w XXI wieku. Dla nich było to kuriozum. Jak widać, moje złe doświadczenia z poprzednim bankiem świadczą o tym, że nie idzie on z duchem czasu, a jego podejście do klienta jest iście peerelowskie.

Mądry Polak po szkodzie

Gdybym wiedziała, że stracę prawie 100 złotych na opłaty, o których mój personalny doradca nawet się nie zająknął, zakładając mi konto, na pewno wybrałabym inny bank. Gdybym wiedziała, że w innych bankach za takie czynności NIE PŁACI SIĘ NIC, ofertę konta firmowego od koleżanki bym wyśmiała. Gdybym tylko była mniej naiwna i nie dała temu bankowi drugiej szansy… Ale Wy już wiecie – nie dajcie się wydoić i pytajcie o rzeczy nawet najbardziej absurdalne, gdy zakładacie konto. Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć i… nic nie stracić.

 

 

Foto: rawpixel

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.