Łojotokowe zapalenie skóry – jak walczyć, by wygrać?

Łojotokowe zapalenie skóry (ŁZS) to choroba, o której  często kobiety nie zdają sobie sprawy. Ty też. Błędnie diagnozujesz ją jako cerę tłustą, odwodnioną w strefie T lub też po prostu tłustą – no bo nos się świeci jak żarówka nawet świeżo po umyciu twarzy, prawda?

Po jakimś czasie zauważasz drobne suche skórki w okolicy płatków nosa – widocznie przesuszyłaś sobie strefę T – nakładasz więc tonę kremu nawilżającego nieświadoma faktu, że przyczynia się do rozwoju choroby i tylko dokarmia tego obrzydliwego grzybka, który rozpanoszył Ci się na nosie. Im bardziej nawilżasz, tym gorzej się dzieje. Pojawiają się drobne krostki – i wtedy myślisz „ten krem jest do kitu, bo zapycha”, i zamiast lecieć do dermatologa kupujesz kolejny krem, który pogarsza sprawę. Brzmi znajomo?

O tym, że mam łojotokowe zapalenie skóry dowiedziałam się 3 miesiące temu. Wtedy nie mieściło mi się to w głowie – przecież zawsze miałam cerę suchą, a tu łojotok? Jak? Skąd? Dlaczego?

Cofnijmy się do dnia sprzed diagnozy…

W tamtym czasie nawilżałam jak szalona i eksperymentowałam z kosmetykami, bo ciągle tego nawilżania było mi mało – a nie wiedziałam, że było dużo za dużo. Rano myłam twarz pianką do oczyszczania twarzy z Avonu, następnie przecierałam ją nawilżającym płynem micelarnym z Yves Rocher i aplikowałam serum nawilżające z Yves Rocher. I na to dopiero kładłam krem nawilżający, również marki Yves Rocher. Wieczorem zamiast kremu nawilżającego dusiłam twarz mieszanką oleju Moringa z Bioline i kremu Soraya Kolagen+ Elastyna. I tak codziennie. 2 razy w tygodniu peeling nawilżający z Yves Rocher oraz maseczka z Avonu z bawełną. Jeszcze mało? To dodajcie sobie do tego plastry w żelu z Avonu na zaskórniki raz w tygodniu, oraz codzienne oczyszczanie twarzy płatkami Clearskin (tak, także Avon).

To nie mogło się udać. Skończyło się wysypką na całej twarzy i wizytą u dermatologa. I wtedy dowiedziałam się przypadkiem o tym, że mam ŁZS. Dermatolog nie przepisał mi za to żadnych leków, bo jak uznał na wysypkę przepisałem pani Tormentiol i Hydrocortisonum, a to też jest na to, więc wystarczy. Cóż, nie wystarczyło, bo o ile wysypka zniknęła, ŁZS się pogłębiło. Zrażona wizytą u dermatologa, który potraktował mój problem bardzo powierzchownie i po zaledwie 3 minutach wizyty podziękował mi za uwagę postanowiłam, że poradzę sobie z tym sama. Przeczytałam masę artykułów w internecie o tym schorzeniu, zapoznałam się z metodami leczenia. Szczególnie cenne rady odnośnie tego schorzenia zamieściła na swoim blogu Ziemiolina. Z wielu z nich z nich skorzystałam w trakcie opracowywania planu bitwy. I wiecie co? Chyba udało mi się ograniczyć ten łojotok. Ale najpierw powiem Wam, co robiłam źle.

Wróćmy do czasu teraźniejszego. Na dzień dzisiejszy moja pielęgnacja twarzy wygląda następująco.

Rano:
Mycie – Physiogel
Tonizowanie – Strefa T: La Roche-Posay Seroznic; reszta twarzy: woda termalna La Roche-Posay
Nawilżanie/Pielęgnacja – Strefa T: La Roche-Posay Kerium DS; reszta twarzy La Roche-Posay Hydraphase Intense Legere

Wieczorem:
Mycie – Physiogel
Tonizowanie – Strefa T: La Roche-Posay tonik Effaclar; reszta twarzy: woda termalna La Roche-Posay
Nawilżanie/Pielęgnacja – Strefa T: La Roche-Posay Kerium DS; reszta twarzy La Roche-Posay Hydraphase Intense Legere

Dodatkowo:
Raz w tygodniu stosuję na nos przeciwłupieżowy szampon do skóry wrażliwej Vichy Dercos i trzymam go 10min. Z taką samą częstotliwością używam glinki zielonej z Bioline wymieszanej z wcześniej już wspomnianym olejkiem Moringa i trzymam ją 15min.

Próbowałam zastępować Kerium DS kremem Effaclar Duo z La Roche-Posay, jednak okazało się, że choroba się zaogniła i zostałam przy używaniu go 2 razy dziennie. Podobny efekt przyniosło ograniczenie stosowania Kerium raz dziennie i Effaclara Duo raz dziennie. W ogóle z tym kremem Effaclar chyba się nie polubię, bo ile razy go użyję na partie tłuste, tyle razy powstają mi na twarzy dziwne niespodzianki. Zamiast likwidować niedoskonałości to on je na mojej twarzy tworzy. Chyba już taki mój urok ;)

 Dzięki tym kosmetykom nie wyeliminowałam całkowicie ŁZS, ale zatrzymałam jego rozwój i przestał zatruwać mi życie. Co najważniejsze – nie postępuje.

 

P.S. Nie jest to wpis sponsorowany. Kosmetyki o których wspomniałam uważam najzwyczajniej w świecie za dobre ;)