Podsumowanie stycznia

Styczeń miał upływać leniwie i spokojnie. Chciałam skupić się na przywróceniu równowagi i regeneracji organizmu. Miałam zadbać o siebie i swój organizm. Jak wyszło? Czas na małe podsumowanie wszystkich celów.


Czy udało mi się wykonać plan?


Spać minimum 7 godzin dziennie

Różnie się zdarzało, ale dzięki skrupulatnemu odnotowywaniu postępów mogę powiedzieć, że jednak się udało. I to bez picia melisy! Ponownie potrafię przespać 7 godzin bez budzenia się i zdarza się to całkiem często. Jeśli będę tego pilnować i kłaść się spać odpowiednio wcześnie w przyszłym miesiącu to myślę, że uda mi się utrzymać ten stan rzeczy.

Spać w nocy, nie w dzień

Tutaj odniosłam absolutne zwycięstwo. Udało mi się przestawić na tryb funkcjonowania w dzień i spania w nocy. Jeszcze zdarzają mi się 15 minutowe drzemki w ciągu dnia, ale na szczęście coraz rzadziej.

Wrócić do skakania na trampolinie i pilatesu

Niestety tego celu odhaczyć nie mogę. Początkowo ćwiczyłam, ale robiłam to później coraz rzadziej i rzadziej… I w końcu zapomniałam, aż dzisiaj przeczytałam swoje cele na styczeń i mnie olśniło, że miałam skakać. Biję się w pierś, nawaliłam.

Ponowić dietę redukcyjną

To również położyłam na całej linii. Wszystko przez fazę na… domowej roboty burgery. W ciągu całego miesiąca zjadłam ich… 12. Tak, 12… Tak dłużej być nie może, więc prawdopodobnie w lutym czeka mnie odwyk od burgerów. Niemniej jednak dietę zawaliłam.

Odżywiać się zdrowo

Pomimo burgerowego szaleństwa starałam się trzymać zaleceń Instytutu Żywności i Żywienia odnośnie ilości spożytego mięsa. To nie było tak, że żarłam te burgery bez opamiętania (i całe szczęście). Można powiedzieć, że odżywiałam się przez ten miesiąc zdrowo, ponieważ moja dieta była pełna warzyw i owoców. Piłam również regularnie świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. Raz zdarzyło mi się kupić sos do spaghetti z papierka (pierwszy raz od 2 lat, odkąd zrezygnowałam całkowicie ze spożywania wszystkiego, co w proszku). Była to jednorazowa fanaberia.

Zadbać o cerę i włosy

Picie skrzypokrzywy zawaliłam, ale pielęgnacji włosów ładnie się trzymam. Ostatnio nawet upolowałam na promocji maski drożdżowe Babuszki Agafii, więc żal było bardziej nie zadbać o włosy. Po miesiącu stosowania masek, szamponów z dobrym składem i odżywek wyglądają całkiem nieźle. Jeszcze tylko muszę dodać olejowanie włosów do cotygodniowego rytuału pielęgnacyjnego i będzie super!

Z cerą też nieźle. Glinki i sok z aloesu pomogły. Przestałam używać kremu AA Hydro Sorbet w wersji zielonej, który powodował u mnie zaognienie łojotoku i zastąpiłam go innym (o którym być może napiszę wkrótce, ale na razie chcę go przetestować lepiej).

Przywrócić balans między pracą a czasem wolnym

To udaje mi się ogarniać całkiem, całkiem. Ostatni tydzień był dla mnie trochę żywiołowy, więc czas wolny przeważył nad ilością pracy (tak, mam na myśli tę dziurę w kalendarzu 28 stycznia, kiedy to nie wrzuciłam żadnego wpisu na bloga), ale dzielnie trzymam się ustalonego przez siebie grafiku. Nie pozwalam już pracy zdominować czasu wolnego i trzymam równowagę.

Pisać więcej o modzie na blogu

Myślę, że ten cel udało mi się spełnić. Na blogu sporo zaczęło się dziać w temacie mody i piszę na ten temat naprawdę dużo. Wciąż walczę ze sobą, by wrzucić zdjęcia siebie w jakiejś stylizacji, ale do odważnych świat należy! W lutym na pewno coś się pojawi.

Zaczęłam też tworzyć przeróżne pliki do druku, które mają pomóc w organizacji garderoby i odnalezieniu własnego stylu. W temacie mody każda pomoc jest na wagę złota, ponieważ łatwo się pogubić i ulec pokusie kupienia czegoś zupełnie niepasującego do reszty.

Przeczytać 5 książek

Udało mi się przeczytać 3 – Szalone życie Rudolfa, Świńskim truchtem i Tango Ortodonto. Na więcej brakło mi czasu, ale i tak jestem z siebie dumna, że wróciłam do czytania książek. Z książkami mam tak, że jak już zacznę, to nie mogę skończyć. Łykam całą książkę w jeden wieczór (lub noc) i nie mogę się opanować.

Przeczytałam też dwa rozdziały Zjadania zwierząt Jonathana Safrana Foera i nie wiem, co dalej. Nie porwała mnie, nie ma między nami chemii, wiecie o co chodzi. Przeczytam do końca, ale prawdopodobnie będzie to droga przez mękę. Zobaczymy, może jednak czymś mnie ta książka zaskoczy?

Zastąpić czarną kawę Inką

Już prawie całkowicie wyeliminowałam czarną kawę ze swojego życia. Mniej kawy, to mniej migren i chyba to jest największy sukces całego przedsięwzięcia. Migreny znacząco uprzykrzały mi życie, gdy piłam za dużo kawy. W styczniu nie miałam ani jednej migreny, więc mogę odtańczyć taniec zwycięstwa :)

***

Uff, to chyba wszystko. Więcej grzechów już nie pamiętam… Poprawię się w lutym, obiecuję!

Pozdrawiam Cię serdecznie

Justyna

 

 

Foto: Artiom Vallat

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.